CELEBRITY
Polscy siatkarze zaskoczyli wszystkich w Chicago, pokazując swoją dominację nad Amerykanami. To był mecz, który na długo pozostanie w pamięci kibiców. Więcej w komentarzu
Wilfredo Leon przez dwa sety hitu na zakończenie fazy interkontynentalnej Ligi Narodów nie miał dla Amerykanów litości, ale potem to oni obrali go sobie za cel. Na szczęście, reszta polskich siatkarzy też skutecznie dręczyła rywali – Biało-Czerwoni wygrali w Chicago 3:0 (25:20, 25:21, 25:19). A trener Nikola Grbić sam wydawał się nie dowierzać w to, co działo się w tym meczu.
Polacy rok temu także pokonali Amerykanów w Chicago w meczu Ligi Narodów 3:0, ale wtedy obie ekipy wystąpiły w składach mocno rezerwowych. Teraz Biało-Czerwoni wystawili pierwszy garnitur i ten dał prawdziwy popis w pojedynku z gospodarzami. Ku euforii nie tylko zarywających noc fanów w kraju, ale też ogromnej grupy rodaków, która razem z kibicami reprezentacji USA zapewniła świetną atmosferę na trybunach od pierwszej od ostatniej piłki.
Oba zespoły już wcześniej miały zagwarantowany awans do turnieju finałowego LN, ale pozostawało jeszcze do rozstrzygnięcia, które miejsce zajmą w tabeli po fazie zasadniczej i na kogo w związku z tym trafią w ćwierćfinale. Sytuacja była jasna – zwycięzca zagra z Ukrainą, a przegrany z Włochami, czyli mistrzami świata i ubiegłorocznymi finalistami. I choć drużyna z Europy Środkowo-Wschodniej prowadzona przez świetnie znanego w Polsce Raula Lozano (byłego trenera kadry) stale robi postępy, to oczywistym było, że warto starać się uniknąć pojedynku z ekipą Italii już przy najbliższej okazji.
Dla Biało-Czerwonych niedzielna konfrontacja była ostatnim z trzech meczów rozgrywanych systemem “dzień w dzień”. To zawsze spore wyzwanie dla drużyn siatkarskich i stanowiło teraz dodatkowy plus dla gospodarzy, którzy mieli wolne od rywalizacji w sobotę. Ale atutem Nikoli Grbicia była i jest głębia składu, z której korzystał już wielokrotnie w przeszłości i robił z niej użytek także w Chicago.
Oczywiście, ta głębia nie dotyczy obecnie każdej pozycji, ale z pewnością Serb ma teraz kłopot bogactwa na przyjęciu. W świetnej formie są Kamil Semeniuk, Tomasz Fornal i Wilfredo Leon, więc szkoleniowiec mógł sobie bez problemu pozwolić na początku w niedzielę na zostawienie pierwszego z nich w kwadracie dla rezerwowych. I to mimo że błyszczał on w dwóch poprzednich meczach – w piątek z Brazylijczykami (3:0) i dzień później z Francuzami (3:1).
39-letni gwiazdor Amerykanów odesłał Leona na ławkę. Efektowny powrót Polaków
W meczu z Amerykanami Semeniuk pojawiał się na parkiecie w dwóch pierwszych partiach tylko na kilka minut. Zastępował wtedy Leona, by uspokoić przyjęcie. Leon zaś od początku spotkania brylował w pozostałych elementach. Na początku – gdy nie trafił czysto w piłkę – popisał się asem. Powtórki wykazały, że piłka wtedy minimalnie zahaczyła linię końcową. Nieco później jeszcze co prawda lider Bogdanki LUK Lublin przeszkodził libero Jakubowi Popiwczakowi w skutecznej asekuracji, ale nadrobił to od razu świetną postawą w ataku.
Tradycyjnie już w ofensywie Leon był bardzo mocny punktem zespołu. Ale nie tylko w niej. To on popisał się blokiem, który przypieczętował zwycięstwo Polaków w secie otwarcia, a kolejny dorzucił w następnej partii. O ile w pierwszej w ataku szedł dość równo z Bartłomiejem Bołądziem, to w drugiej był już wyraźnie pierwszoplanową postacią w odbieraniu ochoty na grę gospodarzom.
Ale ci znaleźli na niego sposób, który nie jest żadną niespodzianką. Wszyscy bowiem wiedzą, że największą bolączką tego klasowego gracza jest przyjęcie i dlatego bardzo często właśnie w jego kierunku posyłane są zagrywki. W niedzielę na początku trzeciego seta za cel obrał go sobie Matthew Anderson, co zapewniło gospodarzom serię punktową. Wówczas Grbić postanowił interweniować i Leon powędrował na ławkę, a do boju ruszył Semeniuk. Tym razem na dłużej. A nawet – jak się potem okazało – do końca meczu.
Wydawać się mogło, że Amerykanie zapiszą na swoim koncie choćby jednego seta. Właśnie tego przy stanie 0:2 w meczu. Anderson może i ma 39 lat, ale nie bez powodu jest wciąż zaliczany do ścisłej światowej czołówki. Przypomniał o tym także tym razem. Utytułowany przyjmujący to jedna z gwiazd ekipy USA, która wróciła do występów w kadrze po odpoczynku poprzedniego lata. To głównie dzięki niemu gospodarze w trzecim secie prowadzili 6:1, a zaraz potem jeszcze 7:2. I nie była to kwestia tylko polowania na Leona, bo po jego zejściu Anderson był też w stanie “ustrzelić” m.in. Fornala.
Wydawało się, że ta wypracowana na początku partii solidna zaliczka będzie dość bezpieczna i da Amerykanom szansę na zaczepienie się w meczu. Tyle że potem Polacy zaliczyli efektowny powrót. Duża w tym zasługa błyszczących od początku turnieju w Chicago Bołądzia i środkowego Bartłomieja Lemańskiego. A wspierali ich też Fornal i Semeniuk. Swoje zrobiły również proste błędy rywali w ważnych momentach. Dzięki temu ten mecz zakończył się w trzech setach.
Był to też kolejny pojedynek Polaków w Chicago, podczas którego na twarzy Grbicia nieraz pojawiał się uśmiech. Niekiedy wynikało to z popisowych zagrań jego zawodników, ale nie zawsze. W drugiej partii Leon posłał piłkę poza pole gry i wydawało się, że nic nie uratuje liderów światowego rankingu przed stratą punktu w tej akcji. Ale Fornal podbiegł do szkoleniowca i przekonał go, że warto skorzystać z wideoweryfikacji. Przyjmujący wśród kibiców uchodzi raczej za antyeksperta w tym zakresie, bowiem często nie ma racji. Tym razem jednak okazało się, że rzeczywiście piłka dotknęła parkietu przy próbie obrony rywali. Kamery pokazały wtedy trenera Polaków, który wydawał się zadowolony, ale też chyba odetchnął z ulgą. Kilka minut później znów poprosił o challenge i tym razem szeroko uśmiechnął się, gdy okazało się, że ponownie w ten sposób jego drużyna zdobyła punkt.
A to wszystko działo się na oczach wielkiej grupy szczęśliwych przedstawicieli amerykańskiej Polonii. Już podczas poprzednich meczów Biało-Czerwonych w Chicago – wzorem poprzednich lat – było ich sporo na meczach kadry Grbicia. Pojedynek z gospodarzami sprawił jednak, że mieli oni także konkurencję w postaci fanów ekipy z USA, a to zapewniło głośny doping po właściwie każdej akcji spotkania. Na koniec powody do radości mieli kibice Polaków. Tym bardziej, że ich ulubieńcy wygrali dziesiąty mecz z rzędu.
Teraz przed Polakami powrót do kraju i krótki odpoczynek. W środę spotykają się ponownie na treningach w Spale, a potem czeka ich wylot na turniej finałowy LN, który odbędzie się ponownie w chińskim Ningbo. Dwa ćwierćfinały zaplanowano na 29 lipca, a pozostałe dzień później. Nie wiadomo jeszcze, którego dnia odbędzie się spotkanie Biało-Czerwonych z Ukraińcami.